sobota, 2 lutego 2013

To już! był mój czwarty sezon jazdy na nartach. Pewne postępy zrobiłam. Największe chyba dzięki temu, że zabrałam ze sobą przyjaciółkę. Równolatkę, która nigdy wcześniej nie miała desek na nogach. Widząc, że dziewczyna z godziny na godzinę robi postępy, natychmiast  pozbyłam się panicznego strachu, który w poprzednich latach pojawiał się w mojej głowie, jak tylko na moich nogach pojawiały się narty. Nic lepiej na człowieka nie działa niż konkurencja. Efektem było przeniesienie się z górek typu "bartuś" (tylko dla dzieci) na górki typu "bartek" (nie tylko dla dzieci).

Nie mogę nie wspomnieć o naszym miejscu pobytu na Słowacji. Mieszkaliśmy w małej miejscowości Lucivna. Co w niej jest? Właściwie prawie nic. Domki prywatne, kilka pensjonatów i jeden hotel. ale to położenie! Cudo!


Zapomniałabym o najważniejszym. Jest tu też stok narciarski, dość łatwy, długi, bo kilometrowy, z wyciągami. Doskonale przygotowany. Niewiele ludzi z niego korzysta, więc jest idealny do nauki.

Nocowaliśmy w pensjonacie Kamelia

Jeśli jedzie się z grupą, naprawdę warto się tam zatrzymać. Nasza grupa liczyła ponad trzydzieści osób (w tym dziesięcioro dzieci w różnym wieku, które spokojne były tylko przez kilka godzin głęboką nocą). Mieszkaliśmy w pokojach z łazienkami (Ci, którzy byli z dziećmi, mieli nawet apartamenty). Cały pensjonat był nasz: jadalnia, stołówka, improwizowana narciarnia i nie wiem, co jeszcze, bo całego domu nie zdążyłam zwiedzić. Ceny bardzo przystępne. Płaciliśmy po 20 euro od osoby za nocleg ze śniadaniem i obiadokolacją. Co ważne - właściciele (bardzo mili ludzie - sami gotowali dla nas) nie mieszkali w pensjonacie, tylko kilka domów dalej, co w przypadku grupy, która nie zawsze jest cicho (te śpiewy do późna), jest dużym atutem. Minusem jest za to brak Internetu.

Prawie wszędzie, gdzie jestem muszę choć na trochę dostać się do Internetu z powodów zawodowych, więc i zabrałam się za poszukiwanie. Łatwo nie było. Urzędnicy (w malutkim, bo zaledwie kilkuosobowym urzędzie -- Można? Można!) na pytanie o Internet mocno się zdziwili. Prawie każdy ma tu prywatne wi-fi, więc w przestrzeni publicznej nic takiego nie istnieje. Poszłam więc do hotelu Kastiel. Pięknie, czysto, cichutko, dyskretnie, jasno i do tego wi-fi. Co prawda tylko dla mieszkańców hotelu, ale bardzo miła kierowniczka zgodziła się, bym posiedziała i popracowała w holu. Od czasu do czasu przychodził kelner i pytał, czy chcę coś zamówić. Ponieważ pracowałam długo, to zamówiłam dwie kawy, herbatę i jeszcze poszłam do restauracji na obiad. Zapłaciłam za wszystko jakieś 7.50 euro. Uznałam, że to bardzo niedrogo.

Przyjrzałam się ich stronie internetowej. Można obejrzeć wnętrze każdego pokoju. Mnie się podobały te ze skosami. Najwyżej, na mansardzie (dodatkowym ich walorem była najniższa cena). To doskonała baza nie tylko na narty, ale i na letnie wyprawy w Tatry. Dwuosobowy pokój Standard z łazienką i śniadaniem kosztuje 45 euro, obiady z menu kosztują 3 euro, więc na osobę dziennie wychodzi tylko nieco więcej niż 25 euro. Wydaje mi się to niewygórowaną ceną w porównaniu chociażby z cenami w Zieleńcu, gdzie za pokój, o dużo mniejszym standardzie (poddasze, trudno było znaleźć miejsce, gdzie można się wyprostować) zapłaciliśmy w ubiegłym roku 80 zł (z łazienką, ale bez wyżywienia).


Jestem pewna, że jeszcze wrócę kiedyś do maleńskiej Lucivny. 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza