środa, 26 lipca 2017

Jak dać sobie ukraść dokumenty na Malcie i... nie zginąć:)

Malta jest wyspą piękną, choć dość jednorodną. Zasadniczo - jednakowa roślinność, dużo fortów, dużo kościołów, dużo świątyń megalitycznych i katakumb oraz urocze miasteczka, które wydają się ciągnąć kilometrami, bo bardzo długo się przez nie przejeżdża. I ta jednolita różnorodność jest przepiękna. Ale na razie nie o tym będzie...
Na kilka dni przed wyjazdem zadzwoniłam do Halinki, z którą wybierałam się na Maltę, żeby jej powiedzieć, że ma zrobić ksero dowodu osobistego i ewentualnie innych dokumentów. Powiedziałam, że dokumenty oryginalne będziemy trzymać w sejfie, bo ja zawsze tak robię, a nosić ze sobą będziemy ksero. Żeby kłopotu nie było, oczywiście. Tyle że... sama nie zdążyłam tego zrobić. Machnęłam ręką, w końcu nigdy nigdzie mnie nie okradli. 

Jeśli nie masz cierpliwości, do czytania całego tekstu, przeczytaj rady w punktach.

Na Malcie byłyśmy tydzień: od środy do środy. W poniedziałek, na dwa dni przed wylotem do Polski (zaplanowanym na 6.50 rano - hitlerowska godzina), wybrałyśmy się na trekking w piękne miejsce - okolice Red Tower (Mellieha). Bardzo nam się tam podobało. Godzina popołudniowa, ciepło, zniżające się słońce, klify i widok na sąsiednią wyspę Gozo. Gdy się już napodziwiałyśmy do bólu, ruszyłyśmy z powrotem. Na ostatnim zakręcie zobaczyłyśmy nadjeżdżający autobus, więc biegiem do przystanku. Tłok był spory, bo ludzie o tej porze z plaży wracali albo z pracy - zależy, jaki los komu pisany. Dwa czy trzy przystanki to niewiele. Nawet nie pomyślałam, żeby przełożyć plecak do przodu. Szczęśliwe wysiadłyśmy z autobusu na "naszym" przystanku. Halinka poszła od razu do hotelu, ja na pobliską pocztę. Wyjęłam kartki, poprosiłam o znaczki. Chcę wyjąć portfel, który przecież gdzieś jest w plecaku. Na „macanego” nie mogę go znaleźć. Nie ma żadnej lady, więc kucam i wytrząsam zawartość plecaka na podłogę. Portfela ani śladu. Jako urodzona optymistka ucieszyłam się, że większą część pieniędzy, których nie zdążyłam jeszcze wydać, schowałam do bocznej wewnętrznej kieszeni plecaka - zapinanej na zamek. Za znaczki zapłaciłam, kartki wysłałam. W myśli zrobiłam rachunek strat: w portfelu było 75 euro (zdążyłam tego dnia dołożyć 50 euro z zapasów!) i... prawie wszystkie moje dokumenty: dowód osobisty, prawo jazdy, legitymacja ZUS (całe szczęście, że paszport został w domu), karta EKUZ i... wszystkie moje karty bankowe: jedna kredytowa i dwie bankomatowe). Uff...
No, cóż - trzeba było się zabrać do roboty. Uświadomiłam sobie, że to poniedziałek wieczór. Na załatwienie wszystkich spraw miałam tylko wtorek, jeśli chciałam wrócić do Polski w środę o bladym świcie, tak jak to było zaplanowane. Poszłam więc na policję. Opowiedziałam policjantom moją fatalną angielszczyzną, co się wydarzyło. Zrozumieli częściowo, reszty się domyślili. Dostałam odpowiedni dokument i adres, pod który mam się udać w Valetcie. Miałam niejasne przeczucie, że może będą schody, ale mocno wierzyłam, że mi się uda... jakimś cudem:)

Spałam świetnie, bo poszłyśmy sobie jeszcze z Halinką do hotelowego baru na codzienny kieliszek czerwonego wina. I dobrze, bo czekał mnie ciekawy dzień. Halinka jeszcze powiedziała do mnie: "Wiesz, na Malcie nie ma polskiej ambasady". Powiedziałam, że nie szkodzi, bo policjanci dali mi adres jakiegoś urzędu, który załatwia takie sprawy: ID Office w Evans Building (ulicy już nie pamiętam). Rano wsiadłam do autobusu i heja. Kto był w Valetcie ten wie, jak wygląda główna ulica ciągnąca się przez całe miasto - ulica Republiki. W każdym razie jest długa. ID Office na drugim końcu (w stosunku do dworca autobusowego). Jest godzina 9.30. Lecę. Początek super. Ochroniarze kierują mnie najpierw do jednego biura (nie wiem, co zrozumieli), ale to nie tam. W końcu ląduję na piętrze, tam, gdzie trzeba.

Gdy znowu łamaną angielszczyzną (bluźnię okropnie, bo łamana angielszczyzna przy mojej znajomości angielskiego to język oksfordzki) usiłuję wyjaśnić, co się wydarzyło - nadchodzi pomoc. Ojciec z synem - Polacy z Bydgoszczy - ojciec mniej więcej w moim wieku. Jego okradli, a syn znał angielski. Na początek zapytali, kiedy mam lot powrotny. Gdy usłyszeli, że następnego dnia o świcie, powiedzieli, że mam bardzo mało czasu, bo to biuro jest otwarte tylko do 14.00. Bez chwili zastanowienia opowiedzieli urzędniczkom, na czym polega mój problem. Dostałam kwestionariusz. Mili panowie dali mi swój - już wypełniony na wzór. Zaczęłam wypełniać. Nawet mi szło do miejsca, w którym trzeba było podać numeru dowodu osobistego, bo przecież mi zginął (to akurat nie był wielki problem, mąż przysłał mi esemesem). Nie znałam też jednak imienia dziadka ze strony ojca. Dziadek jak mój tata był bardzo mały, wyemigrował do Ameryki i nigdy nie wrócił, więc nigdy nie go nie poznałam. Może dlatego nie pamiętałam jego imienia. Panowie stwierdzili, że mam zostawić wolne miejsca albo "przypomnieć sobie" jakieś imię. Wolałam zostawić... Trochę mieli dziwne miny, gdy dowiedzieli się, że nie mam żadnego dokumentu ze zdjęciem. Powiedzieli także, że muszę zrobić dwa zdjęcia i uwierzytelnić zdjęcia oraz wypełniony kwestionariusz. I że to robią... farmaceuci - kierownicy aptek.. 

Zanim znalazłam zakład fotograficzny, znów musiałam przebiec całą ulicę Republiki. Na każdym rogu pytałam, gdzie mogę "take photo". Wreszcie mam, co potrzebne. Mam kwestionariusz i dwa zdjęcia. Fajnie! Zdążę! Wchodzę do pierwszej lepszej pharmacy. Panie sprzedające leki mówią, że kierownika nie ma i kierują mnie do innej apteki (poprosiłam, żeby jej nazwę napisały na kartce), gdzie przyjmuje też lekarz, który ma prawo uwierzytelniać dokumenty. Rzeczywiście - dwa zakręty i jest! Na dole apteka, na piętrze lekarz. Biegnę po schodach. W kolejce czeka sześć osób. Uff... Nie przeskoczę. Siedzę. Czas leci. O 11.00 wreszcie wchodzę. Niestety, pan doktor mówi, że owszem jako osoba zaufania publicznego może uwierzytelniać dokumenty, ale... wyłącznie swoim pacjentom, czyli tym, których zna osobiście, i radzi, żebym poszła do sądu. Dobrze, że wiem, gdzie jest sąd. Łatwo trafić, bo to potężny budynek przy głównej ulicy. Znowu biegnę. Jest 11.30. Straż przy wejściu głównym do sądu kieruje mnie do biur, do których wchodzi się wejściem bocznym. Pokazuję kwestionariusz i zdjęcia. Mówią, że tego nie załatwię u nich, mam wejść wejściem głównym. Usiłuję tłumaczyć, że stamtąd skierowano mnie tutaj. Nic z tego. Proszę więc o karteczkę z nazwą wydziału. Lecę z karteczką z powrotem do wejścia głównego. Strażnik czyta i mówi, że mam zejść piętro niżej (czyli do podziemi). A tam duża sala z wielką ladą i wszędzie biurka: za ladą, przed ladą, za kolumnami, przed kolumnami i w bocznych szerokich korytarzach. Staję za ladą i pytam siedzące tam panie, pokazując znowu moje dokumenty, gdzie to mogę załatwić. Pokazały mi puste biurko pod ścianą. Widać, że jeszcze niedawno, ktoś przy nim siedział. Wyglądało, jak porzucone. Na krześle leżała teczka, na blacie jakieś papiery. Czekam. Mija kilka minut. Czekam. Najwyraźniej nikogo to nie interesuje. W biurze zaczyna się ruch. Siedzące przy różnych biurkach osoby wstają w jakiejś przypadkowej kolejności, ale konsekwentnie, zabierają coś tam, niektórzy zakładają jakieś marynarki czy żakiety (zależy od płci) i wychodzą. Wielka sala pustoszeje. Jest 11.50. Rany! Wychodzą na przerwę! Za chwilę pewnie nie będzie nikogo. Nie wiadomo, o której wrócą, a ja do 14.00 muszę być w ID Office po drugiej stronie Valetty, bo inaczej o jutrzejszym wylocie o 6.50 a.m. mogę zapomnieć. Zaczepiam więc jednego dość sympatycznie wyglądającego człowieka i próbuję mu wyjaśnić moją niesłychanie ubogą angielszczyzną tę skomplikowaną sprawę. Mówię też, że pełna sala ludzi i nie ma nikogo, kto chciałby mi pomóc. Odpowiedział, że on się postara. 

Ucieszyłam się... trochę za wcześnie. Ponieważ wyjaśnianie szczegółów sprawy szło mi po angielsku bardzo kiepsko, wyjął smartfon i włączył translator. Było to skuteczne. Po chwili okazało się, że jest jeden poważny problem: właśnie brak jakiegokolwiek dokumentu ze zdjęciem. Nie mam jak udowodnić, że ja to ja. Usiłuję coś tłumaczyć, ale prawnik odpowiada pytaniem: "A moja reputacja?". Cóż, ma rację.

Przychodzi mi do głowy, że w domu został paszport. Pytam, czy wystarczy zdjęcie odpowiedniej strony paszportu. Na szczęście wystarczy. Wychodzimy na ulicę, prawnik potrzebuje trochę czasu na kupienie sobie czegoś do jedzenia, a ja na telefon do męża, żeby pobiegł do domu, znalazł paszport, zrobił zdjęcie i przesłał mi esemesem. Umówiliśmy się za 20 minut już nie w sądzie, a w biurze. Uiściwszy 50 euro, dostałam potwierdzenie oraz kartkę z telefonem do ambasady polskiej w Rzymie, gdzie mieści się konsulat obsługujący Polaków na Malcie. Wzięłam, co dał. Podziękowałam pięknie. Było już po pierwszej. Mam godzinę, dużo czasu. Jednak na wszelki wypadek znów pokonuję znaczną część ulicy Republika biegiem, potem tylko dwa, trzy zakręty i jestem w ID Office. 13.20! Zdążę!

Kilka rad w punktach.

Panie w biurze, od którego zaczęłam rano załatwianie sprawy, przyjęły kwestionariusz i zdjęcia, i... powiedziały, że teraz muszą to zeskanować i wysłać... do ambasady w Rzymie. Jeśli do 14.00 otrzymają potwierdzenie, że wszystko jest w porządku, dokument dostanę. Jeśli nie, to nie. Przyznam, że w tym momencie trochę zwątpiłam. Przecież w Rzymie też na pewno mają przerwę na lancz i nikt nawet nie sprawdzi poczty. Teraz przydała się kartka od prawnika z numerem telefonu do ambasady. Dzwonię, oczywiście nikt nie odbiera. Korytarz, który jest poczekalnią, pustoszeje. Na tym samym piętrze najwyraźniej jest żłobek dla dzieci pracowników. Powoli wszyscy wychodzą ze swoich biur, zabierają dzieci i wózki, petenci opuszczają korytarz. Zostaję sama. Urzędników coraz mniej. Przychodzi sprzątaczka, myje podłogę. Co kilka minut dzwonię do ambasady. Nikt nie podnosi słuchawki. Godzina 13.50 - sygnał, że telefon jest zajęty. To dobrze i źle. Dobrze, bo ktoś już odbiera. Źle, bo może rozmawiać bardzo długo, a mój czas się kończy. 13.57 - dodzwaniam się. Odbiera pani, która obiecuje, że zrobi to natychmiast. Natychmiast jednak chwilę trwa. W urzędzie poza ochroniarzami są już tylko dwie urzędniczki i ja. Wchodzę do biura. Mówię, że zaraz powinno przyjść potwierdzenie. Mija 14.00. Pani, która kieruje tym działem, pokazuje, że mogą poczekać jeszcze 5 minut. Jeśli w tym czasie nie przyjdzie potwierdzenie - nie wydadzą dokumentu. Bez potwierdzenia w żadnym razie tego nie zrobią. Widać, że jest zła, a jednocześnie chce pomóc. Godzina 14.07 potwierdzenie przychodzi. Jeszcze 10 minut wypisywania i foliowania dokumentu i cała szczęśliwa wychodzę z ID Office. Następnego dnia rano mogę spokojnie wylecieć do Polski:) Potem, już w Polsce, mozolne odtwarzanie dokumentów to pryszcz. Wreszcie koniec... Na pamiątkę zostaje mi kilkudniowy paszport maltański



Ps. To nie był jednak koniec. Po dwóch tygodniach nowy kłopot - telefon z banku: portfel z dokumentami (już bez pieniędzy) ktoś przyniósł do jednego z hoteli:) Coś z tym trzeba zrobić...


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza